Nigdzie nie pojechałam!Taki Eksperyment :)

IMG_75111

   Dzisiaj nie będzie kulinarnie. Zamierzam przedstawić Wam w jak największym skrócie kolejne dwa dni z mojego życia. Jak już zapewne wiecie od niedzieli 7.04.’13r biorę udział w Eksperymencie No Impact pt.”Tydzień inny niż wszystkie”. No i nie jest, naprawdę nie jest łatwo…

   Przeczuwałam, że skoro eksperyment ekologiczny to z pewnością trzeba będzie trochę posprzątać. No i nie myliłam się! Poniedziałek był dniem wyznaczonym na porządki, segregację odpadów. W pierwszej chwili pomyślałam, że to nic trudnego! Przecież u nas w domu się segreguje…No właśnie- kto i jak i co segreguje? Wyszło szydło z worka można rzec. Pod moim płotem stoi piękny czarny kubeł, z którego śmieci wywożone są raz na dwa tygodnie i dodatkowo segregujemy. Papier, PETy i szkło wyrzucamy do specjalnego worka, który zabierany jest razem ze śmieciami organicznymi. Moje poniedziałkowe eksperymentalne zadanie polegało nie na segregacji ogólnej, lecz na tym, by posprzątać w okół siebie. Gorzej być nie mogło, bo jestem przeokrutną bałaganiarą i śmieciarą, więc jeżeli ktoś z tu obecnych choruje na serce, czy nadciśnienie proszony jest o nieoglądanie poniższych zdjęć, bo mogą wywołać groźne dla zdrowia skutki. Minister zdrowia ostrzega! 

     No i takim o to sposobem powyżej przedstawiam Wam właśnie mój stolik kawowo-kosmetyczno-jadalno-wypoczynkowo-pracowy… Bywa gorzej, ale nie chciałam straszyć nieletnich. Owo śmietnisko oczywiście leżało tak sobie i kurzyło się już od jakiegoś czasu. Oczywiście jest to tylko fragment terenu jaki posprzątać musiałam, ale pokazuję właśnie ten ze względu na jego największe walory reprezentacyjne.

     Zadanie eksperymentalne miało jak dla mnie jeden mankament. Otóż nie byłam w stanie uzbierać śmieci z  określonych 10min. w danym dniu. Wydało mi się to trochę dziwne. Nazbierałam sporo chusteczek higienicznych, które z pewnością tego dnia zużyłam i wiele z nich w krótkim czasie. Potem przerzuciłam się na papier toaletowy- mniejszy koszt, ekologiczniej! A na koniec przyszła mi myśl, że mój ulubiony brzoskwioniowy w pomarańczowym kolorze, który namiętnie kupuje od kilku lat w trakcie trwania eksperymentu zamienię na biały. Skąd ta myśl? Otóż pomarańczowy kolor zapewne uzyskiwany jest w sztuczny sposób, do tego zapach brzoskwini w papierze zaklęty… Biały zdecydowanie jest zdrowszy i bliższy Matce Ziemi, taka szybka logiczna myśl, którą mam zamiar sprawdzić :)

     No i poniżej moje śmietnisko, jak Wam się podoba? Po prawej torba- eko z papierem, zaś po lewej również eko- torba z odpadami organicznymi i bliżej nie określonymi resztkami. Czego nauczyło mnie segregowanie, którego wcześniej również dokonywałam, ale na tyle pochopnie, że wywalałam wszystko do jednego czarnego kubełka w świętym przekonaniu, że może z powodzeniem trafić dalej do wora z odpadami segregowanymi? Że równo połowa, jeżeli nie więcej moich odpadków, które wg. mnie były „papierem” wcale nim nie były! To, że coś ogryzkiem po jabłku, czy skórką po bananie nie jest, nie znaczy od razu, że nadaje się zaraz do dalszego przetworzenia. Zresztą, prędzej ogryzek, bo kompost można z niego zrobić. Zaś z nijakiej folii po paluszkach solonych niewiadomo co… Wniosek krótki zatem i zwięzły. Skoro moge kupić leki przeciwbólowe w tekturowym opakowaniu, które może mieć drugie życie, to z pewnością mogę różnież kupić sobie przekąski w takich pudełkach- warto tylko się dobrze rozejrzeć!

     Z tzw. „zestawów antyśmieciowych” korzystam. Lubię po prostu mieć swój własny kubek na kawę, ten termiczny oczywiście. Gorzej z butelką na wodę, ale też zdarza mi się korzystać z tej samej. Po prostu uzupełniam małą 250ml petkę wodą z automatu z lodówki. Jeżeli ktoś nie ma takiej możliwości, może kupować wodę w 5l. baniakach i nalewać do małych butelek. Są teraz też chyba takie specjalne butelki wielorazowego użytku z filtrami, jak dzbanki, gdzie po  prostu można nalać wodę z kranu. No i pudełka na jedzenie. Mam tak owe i używam. Nie są to jakieś specjalistyczne lunch- box’y. Nie wiem też, czy są ekologiczne. Postaram się to sprawdzić :) O jedzeniu i ekologii będzie więcej w następnym wpisie…

      A Wy macie swoje sprawdzone sposoby na segregację swoich ospadków? Co z nimi robicie, jak sobie radzicie? :)
 

          Wtorek był moim dniem bez samochodu! Zawsze wszystkie tego typu „imprezy” jak: dzień bez czegoś tam przegapiałam. Uznałam, że tym razem jest to świetna okazja, żeby sobie to odbić. Zadanie eksperymentalne polegało na tym, by znaleźć alternatywne środki transportu, które oczywiście będą ekologiczne i zdrowsze dla nas samych.

         Dlaczego zrezygnowałam z samochodu. Miasto me położone w zachodniej częsci województwa lubelskiego, w pobliżyu granicy województwa mazowieckiego liczy ok.50 tys. mieszkańców i zwie się Puławy. Póki co brzmi doskonale, prawda? ;) Miasto dobrze rozwinięte samo w sobie, ale jeżeli ktoś mieszka na obrzeżach to kwestia transportu szczególnie tego miejskiego chyba pozostawia wiele do życzenia. Nie dość, że bilet na autobus kosztuje mnie tyle samo ile w stolicy, albo niewiele mniej, to długość miasta od granicy do granicy to najwyżej 7km. w linii prostej, niech by i 10 było, no dobra. Osobiście zanim dotrę na przystanek muszę przejść jakieś 400m. Jeżeli pogoda jest ładna to OK. Jeżeli jest plucha i zawierucha to nie życzę nikomu! No niestety, w gumowcach iść nie będę… Kto jedzie w stronę miasta jest w uprzywilejowanej sytuacji, bo wiata przystankowa uchroni go przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi kiedy to będzie zmuszony być może i czekać nawet równo godzinę na przyjazd najbliższego autobusu. Osoby jadące w drugą stronę, w sumie też do miasta, bo miejscem przeznaczenia niejednokrotnie jest Kazimierz Dolny, zobowiązane są stanąć przy słupo- znaku. Rozkład jazdy jest tak skonstruowany, że można się przejechać raz na godzinę juhuuu!!! A i drugie juhuuuu, że ktoś zadbał bardzo o mieszkańców naszej okolicy, by nie wracali za późno do domów, bo jak nie wsiądziesz po 20stej to przed Tobą 6km dyndania na piechotę…

       Ja do dyndających nie należę z kilku różnych powodów. Po pierwsze życie mi miłe i po nocy przedzierać się tamtędy nie mam najmniejszej ochoty. Za dnia zaś z kolei np. nie wyobrażam sobie niestety jak bym miała oblecieć w zasadzie niejednokrotnie całe miasto( przyjmijmy, że robię zakupy) na piechotkę, po czym obładowana jak ten wół juczny, czekać na przystanku godzinkę. Zakładam od razu, że musiałabym czekać, bo nie dość, że tonę siat niosę to jeszcze mam we krwi spóźnialstwo. Potem owy autobus za mało adekwatną cenę miałby mnie dowieźć prawie pod dom. Pamiętajmy, że prawie wielką różnicę robi... Ach, no i do godzinki, którą sterczłam na przystanku dołóżmy drogę, którą myszę dyndać pod dom, czyli jeszcze 10min i 25min jazdy, bo od jakichś 3lat na trasie gdzie mieszkam, tj. jakieś 4km non-stop ułożone są tzw. potocznie:”hopki”, „szykany” i więcej jak 30km/h się nie pojedzie, a o autobusie to już nie wspomnę.

      Pomyślałam też, że mogłabym ewentualnie w sezonie podróżować na rowerze, którego…nie mam :) Zawsze można tanio kupić i sobie pojeździć, prawda? Jak widać scieżki są, ciut zanieczyszczone, ale jednak! Tutaj jestem w dobrym położeniu, bo jeżeli bym się przedarła przez pierwsze błoto pod domostwem, potem kawałek ulicą, później błotnistą drogą na wał wiślany, gdzie jest piękna droga rowerowa, mogłabym sobie pojechać nią do samego miasta! :) Niedogodnością z pewnością dla takiego początkującego rowerzysty jak ja, byłoby wzniesienie, które wizdzicie na zdjęciu powyżej, potem kolejne… Wobec tego taki wyjazd po zakupy byłbym nie lada maratonem, bo przecież wracałabym jeszcze z odpowiednim załadunkiem. Ale kobieta istota silna, więc nie mówię nie. Muszę tylko dobrze obmyślić całą strategię :) Gdyby jednak mój plan okazał sie być nie dopracowany i dnia pewnego słonecznego ktoś z Was jadąc drogą, którą opisuję zobaczy na poboczu rower, który przygniótł właścicielkę to wspomóżcie, ot chociaż wrzućcie do koszyczka zakupy, które powypadały, już będzie lżej! ;)

    Podsumowując kwestie dotyczące trsansportu hmm…no nie jest łatwo. Poruszanie się M-kami (M-ka to w moim mieście autobus, zaś autobus taki PKS to autobus, nie pytajcie dlaczego! Tak jest od zawsze! :D ) w moim wypadku odpada. Może jeszcze gdybym miała 10 lat i ochote na bieganie w gumiakach, sterczenie na przystanku, bo godzinka w te, czy we w te nie robi mi różnicy. Niestety, wszystko robi. Piechotka odpada, bo do ścisłego centrum mam 6km. W dużym mieście jest naprawdę o wiele łatwiej się poruszać komunikacja miejską. Pmiętam doskonale jak mieszkałam w Warszawie. Wychodziałm z mieszkania bez sprawdzania na jakikolwiek rozkład jazdy. Autobus przyjeżdżała jak nie za 2, to za 5min. Jest metro, są tramwaje…I nawet jak człowiekowi przyjdzie dyndać po nocy to nie ma takiego strachu, że ktoś z krzaków wyskoczy. Przynajmniej ja mam takie odczucia. A jak Wy uważacie?

    Ja mogę wtorek zaliczyć do dnia bez samochodu i dnia kiedy to sprawdziałam jak działa komunikacja w miejscu mojego zamieszkania. Działa nijak. Działa tak jak działała kiedy chodziłam do podstawówki, nawet rozkład jazdy na przystanku mam wrażenie wisi ten sam! Tylko bilety podrożały i trasa się wydłużyła, bo pobudawano jakieś dziwne wytwory… Wobec tego po prostu póki co, zanim nabędę rower celem podjęcia próby przedarcia się do miasta, mogę jeszcze podjąć próbę robienia sobie takich dni bez samochodu trochę częsciej, o proszę! :) Coś mi się zatem zdaje, że paradoksalnie człowiek mieszkajacy w dużym mieście może być transportowo bardziej eko, aniżeli ten z mniejszego miasta.

        Na koniec pozostawiłam sprawę dotyczącą wolontariatu. Miałam się zastanowić nad tym jakiego typu wolaontariat chciałabym podjąć, lub po prostu zapisać się gdzieś. Trochę z braku czasu a trochę chyba dlatego, że po prostu nie wiem. Póki co zostawiam tą sprawę na koniec. Może Wy macie jakieś pomysły, jakiekolwiek i możecie mi podrzucić? Tylko nie ze sprzątaniem związane w miarę możliwości, bo ja nadal segreguję jeszcze swoje śmietnisko więc nie wiem, czy dam radę jeszcze gdzieś :)

       Przede mną jeszcze sporo zadań do wykonania. Mój „Tydzień inny niż wszystkie” nadal trwa, więc zachęcam Was do zaglądania na bloga, bo będą pojawiały się kolejne relacje. Przypominam Wam, że Wy również będziecie mieli możliwość wzięcia udziału w otwartej turze Eksperymentu, która będzie miała miejsce już w maju.

  • przyjemnie się czyta:)) Mój mąż mi często zarzuca że prowadzę niepotrzebne zbieractwo i „magazynierstwo” najróżniejszych (często niepotrzebnych) pierdół przez co czasem moja półka zaczyna wyglądać podobnie:) Pzdr.

    • Osobiście momentami zaczynam się zastanawiać, czy na owo „zbieractwo” nie choruję :) Ciężko mi się czasem rozstać z kompletnie niepotrzebnym bibelotem, który tylko leży odłogiem i kurzy się w kącie. Dobrze, że nie jestem sama ;)

  • fajny post, aaaale się naczytałam :) o środowisko trzeba dbać- popieram :)

    • Dziękuję :) No tak, okazuję się, że wcale nie jest tak łatwo! Próba podjęta…mam nadzieję, że na tym się nie skończy :)

  • Ciekawe wyzwanie :D

  • xyz

    Zmiany na stoliku takie, że aż miło popatrzeć ;)
    Co do bycia eko w sprawie transportu, mieszkam w Warszawie i faktycznie dostęp do komunikacji miejskiej jest o wiele łatwiejszy niż np na obrzeżach, ale tu dochodzi kolejna sprawa – jako mało doświadczona rowerzystka nie raz natknęłam się na wiele miejsc, gdzie rowerowa infrastruktura leży i kwiczy czyt. wszelkie przejścia podziemne, krawężniki etc i wtedy rozwiązaniem jest oczywiście jazda obok samochodów. :(

    • Faktycznie, rowerem po mieście ciężko się przemieszczać. Bez ścieżek nie da rady! Ja u siebie na ulice też nie wyjadę, bo ruchliwa a pożyć mam jeszcze zamiar ;) Tylko tak jak pisałam, ktoś kto wybudował ścieżki rowerzystom nie przemyslał faktu, że nie bardzo mają do nich dostęp. I tak źle i tak nie dobrze ;)

  • Pingback: Eko-parowar na koniec Eksperymentu… | ekscentryczny Parowar()