„Kochaj i jedz to co lokalne”.Warsztaty kulinarne.

IMG_8144.1

   Gotowanie w lesie chyba nie jest mo obce. Las pod domem, dom pod lasem. Co prawda ostatnimi czasy zaniedbalam nieco moje leśne eksperymenty. Dlatego też skorzystałam z okazji i wybrałam się na warsztaty „Kochaj i jedz to co lokalne!”, które odbywały się w Lesniczówce Rudki nieopodal Kraśnika. Przyznam, że moja wizja tego miejsca była nieco inna. Miałam nadzieje, że spotkam się z trochę bardziej ekstremalnymi warunkami pracy. Może to i dobrze, że tak sie nie stało, bo pogoda taka siaka, żadna letnia, tylko deszczowa. Zawsze to lepiej kiedy człowiek nie zamarza!

 
 
 

   Podział na grupy nastapił chyba tak szybko, że chcąc nie chcąc mi i Marcie z bloga Kolorowo-torcikowo pozostało upieczenie szarlotki. Przygotowywaniem ciasta zajęłyśmy się w domu. Zanim jednak obrałyśmy jakiekolwiek jabłko kraśnickie, wyjadłyśmy z michy po rogaliku z powidłami, które czekały na gości jeszcze cieplutkie, oprószone cukrem pudrem. Dietetycznie jak nic!

    W tym czasie na zewnątrz poza opadem atmosferycznym pod postacią deszczu, reszta ekipy dowodzona przez Kamila Kotarskiego, dzialała intensywnie. Oczywiście, że wybiegałam raz na jakiś z domu, inaczej nie wiedziałabym po pierwsze, że nadal pada i że z lekkimi przerwami, a po drugie nie mogłabym popodglądać co sie gotuje i piecze w tym czasie.

   Poza naszą jakże pyszną rzecz jasna szarlotką, bo nie dość że przygotowaną z kraśnickich jabłek to jeszcze upieczoną w piecu, a nie jak to było zakładane na początku w piekarniku, pojawiły sie inne smakołyki. Spod naszych rąk wyszły jeszcze kruche, okrągłe ciasteczka z powidłami tzw. kocie oczka, które osobiście uwielbiam! W konsekwencji nie zjadłam ani jednego, bo podkradłam w międzyczasie jeszcze rogalika, albo dwa…

   Wspaniale było smakować dopiero co zebranych słodkich i soczystych malin jak też pysznego świeżo wypieczonego chleba. Były mokre buty obkejone w trawie, konie za ogrodzeniem, ule i huśtawka. Brak integracji z cześcią uczestników, co jednak mi nie przeszkadzało. Wrażenia jak najbardziej pozytywne!

   Powstały dwa wspaniałe dania z bobu. Zachwyciły mnie nieprawdopodobnie! Szczególnie orzotto jabłkowe z młodym bobem właśnie. Co istotne było ono przygotowywane na ogniu, w żeliwnym kociołku. Potrawa niezwykle prosta, którą można bez problemu przyrządzić w domu bez ognia żywo żywego i kotła żeliwnego. Moją wariację na ten temat przedstawiłam Wam już kilka dni temu na blogu w przepisie na kaszę orkiszową z bobem i jabłkami z parowaru. Drugim pomysłem, który urzekł mnie niezwykle z pewnością był ten na bób z musem malinowym. Wspaniałe i niecodzienne połączenie, które mam nadzieję, ze jeszcze uda mi się Wam zaprezentować jesli tylko zdobedę bób. Trochę mniej posmakowała mi polędwiczka wieprzowa pod sosem redukowanym z piwa ziemniakami tymiankowymi, której zdjecia widzicie powyżej. Chyba po prostu ten rodzj mięsa zdecydowanie bardziej odpowiada mi w formie typowo pieczonej. Może to tylko kwestia przyzwyczajenia, kto wie?!

 

   Jury w moim rudym składzie, jednogłośnie stwierdza zaś, że najlepsze po prostu to co najprostsze, czyli pulpeciki w tym wypadku pasterskie pod ciastem lubelskim. Bez ciasta też bym zjadła, byle sosem polali! I to przyznam zdziwiło mnie najbardziej, bo papryka i ja za sobą nie przepadamy, a tu proszę takie rzeczy. Chyba tylko w lesie możliwe. Jak myślicie? Trzeba będzie to sprawdzić w normalnych warunkach. I na koniec wędzony pstrąg z przekąską z jabłka, który również był wyśmienity i szczególnie posmakował najmłodszym uczestniczkom warsztatów.

   Gotowanie na powietrzu to nie tylko grill i karkówka, ognisko i kiełbacha. To też ciekawe miejsca, nowi ludzie, mile spędzony czas i zdrowe, pyszne jedzenie!

  • o ranyy!!! te rogaliki…od razu mi zaczęło w brzuchu burczeć;-P

  • Anonymous

    Szarlotka nie przypominała szarlotki,dziwna:(

    • A czy jabłka były typowo na szarlotkę? Chyba NIE ! I więcej wyjaśniać nie trzeba.

    • Każdy ma swój przepis na szarlotkę. Ktoś lubi takie jabłka, ktoś inne, ktoś w kawałkach, ktoś starte, ktoś woli mniej cynamonu, ktoś więcej. Dla mnie osobiście nie była dziwna tylko inna :) Jak chyba zresztą napisałam, pachniała dymem i to z pewnością ja wyróżniało. Natomiast to, czy smakowała wszystkim, czy też nie, nie mi osądzać :) Jeśli zaś problem tkwił gdzie indziej, chętnie go poznam :)