IV edycja See Bloggers. Acer Switch Alpha12 i kurier, którego nie było.

To było moje trzecie i zarazem najlepsze See Bloggers, na którym byłam! Od razu napiszę, że przegapiłam dużo z tego co sobie zaplanowałam i z tego na co się zapisałam i być może to jest właśnie klucz do tego, że ta edycja tak bardzo przypadła mi do gustu. Ominęło mnie sporo warsztatów i paneli, ale dzięki temu poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi- tak po prostu, gdzieś pomiędzy tymi wszytkimi zdarzeniami i wydarzeniami. Ponadto poznałam ból spowodowany spadkiem walizki na moją głową i nie poznałam kuriera. Start podróży do Gdyni, a w zasadzie do Gdańska w moim wypadku, był tak samo skomplikowany co i jej zakończenie. Wracałam do domu przez Łódź, to nic że bardzo dookoła, ale kto blogerowi zabroni?! Potem było już mi tylko bliżej aniżeli dalej do Krakowa, ale ŚDM i wstrzymany ponoć ruch powstrzymały mnie taką rozpędząną i spowodowały, że jednak nie przejechałam całej Polski z północy na południe. Wszak wszystko mogło mieć niebywały związek z moim guzem na głowie, którego zdołalam nabić zrzucając walizkę z szafy, bo przecież nie ma mi kto dopomóc, tak jak i przy jej dopięciu- jedynie modły o zassanie dodatkowej pary butów. W międzyczasie był kurier, którego nie było. To już zdecydowanie bardziej skomplikowana historia, której znaczenia sama po dziś dzień nie pojmuję i myślę, że tu jedynie dopomóc mogliby Fox Mulder i Diana Scully z „Archiwum X”. W każdym razie paczka do mnie nie dotarła, ja nie dotarłam do paczki, a była ona bardzo ważna, bo miała jechać ze mną na See Bloggers. Nie pojechała. Pojechałam sama, znaczy z walizką tą od guza konkretnie. Potem to dopiero się działo…

See Bloggers to przecież największe wydarzenie skupiające blogerów, vlogerów i twórców internetowych. Tym razem było to widoczne już od progu kiedy to przybyłam całkiem punktualnie proszę sobie to wyobrazić, choć wiem że to dość trudne. Może spróbujcie wizualizacji? W każdym razie od razu natknęłam się na przeogromną kolejkę jakichś blogerów. Kto z Was śledził na bierząco Snapa, ten z pewnością widział rozmiar zjawiska. W tenże właśnie sposób spóźniłam się na pierwsze warsztaty, ale że dotarłam na nie jako ostatnia, czyli jednak spóźnienie nastąpiło- została mi udzielona niemalże indywidualna lekcja. Tym razem nie wybrałam strefy „Cooking” jak przystało na blogerkę kulinarną, a strefę „Moto”, którą prowadził Waldek Florkowski, czyli Motodoradca. I dalej, dalej! Stawiłam się na „Bitwie blogerów”. Kompletnie nie miałam pojęcia o co w tym chodzi do momentu rozpoczęcia całej zabawy. Tym razem sprawa miała się zdecydowanie bardziej kulinarnie i faktycznie przyznać trzeba, że czuliśmy się nieco jak na polu walki, choćby przez brak podstawowych narzędzi do gotowania. Ale jakby nie było, bitwa! Niestety, nasza para- czyli ja i Łukasz z Food Square razem z naszym wspaniałym deserem, a dokładnie z ciastkami z amarantusa i orzechów włoskich przekładanych kremem mascarpone , gotowanym w syropie klonowym z rozmarynem i rabarbarem, salsą z rukoli i truskawek oraz karmelizowaną cytryną- odpadliśmy w pierwszej turze. Wielka szkoda, bo mieliśmy chrapkę na dalszy udział w zabawie. Ale jak to mawiał jeden z wielkich filozofów, czy też myślicieli z okresu paleolitu- „nie załamuj się, głowa do góry!”. Ponadto odptaszkowałam warsztaty makijażowe- uwaga, było konturowanie twarzy! Jeśli będę sukcesywnie ćwiczyć to z pewnością dzięki tej metodzie niebawem moja twarz, albo nawet i reszta mojego ciała stanie się wizualnie szczuplejsza nawet o 50kg. Czytałam kiedyś w internetach a to ponoć poważne źródło informacji.

 

IMG_5669.1

IMG_5662.1

 

Pomorski Park Naukowo Technologiczny wypełniony po brzegi blogerami, ciastkami, pudrami, Acerami, koktajlami, Bm-kami, Colami, panelistami, smażonymi śledziami i szczotkami. Dostałam mapę. Nie skorzystałam. Kierowałam się intuicją, tą samą która kierowała mną przy poszukiwaniu drogi zjazdowej z autostrady, gdy w konsekwencji zamiast w domu znalazłam się w Łodzi. Ta intucja ma nieodpartą pokusę zwiedzania i poszukiwania nowego. Lezie na oślep! Nie przemyślała tylko jednego- żeby zabrać ze sobą plastry, bo jej właścicielka może nabawić się pęchęrzy u stóp. No nic, no trudno. Plastry przykleiłam po powrocie do hotelu. Niewiele pomogły. Na Afterparty dotarłam z opóźnieniem, nie małym rzecz jasna. Co mnie ominęło, tego nie wiem. Wiem jednak co mnie nie ominęło, czyli najlepsza część imprezy. Były tańce, wszystko w stylu boho. Fajna sprawa, polecam. Potem było ciemno, gdzieś przed wejściem, bo w środku gorąco, parno niczym na Bahamach. Były leżaki na trawniku i murek pod krzaczkiem, nowe znajomości, kolejne nowe znajomości i jeszcze nowsze niż te najnowsze znajomości. Wszystkie zaprowadziły mnie na plażę a w międzyczasie na stację na hot- dogi. Nie zjadłam, ani ja ani te blogery i ci inni od internetów za którymi szłam tak dzielnie. A wszystko za sprawą sosu, który wyskoczył z jednej z bułek całkiem z nienacka i przyjechała policja, bardziej spóźniona niż z nienacka można być spóźnionym. Zachowaliśmy spokój i bez udzielenia zeznań udaliśmy się nad morze. Szliśmy tak długie godziny. Takie miałam odczucie. W sumie to wspaniałe, poza tymi pęcherzami, które skutecznie rozrastały się na moich stopach. Przyznam, że zwątpienie ocierało się o mnie kilkukrotnie szepcąc mi do ucha bym opuściła drogę męki i powróciła w spokoju do hotelu, nie dałam się! Doszłam! Co więcej, zanurzyłam me spragnione stopy w morzu, by poczuły ukojenie o wschodzie słońca. Wyszłam raczej po angielsku o ile można wyjść z plaży. Nie wiem, nie znam się.

 

IMG_5642.1

IMG_5650.1

 

Zdecydowanie drugi dzień See Bloggers rozpoczynałam bardziej u jego schyłku aniżeli u jego początku- to coś jak sprawa z tym zmierzchem i świtem, serio! Nie, nie żałuję, nawet tego ataku migreny, który dopadł mnie późnym popołudniem i chciał mnie zabić całkiem na śmierć. Nie dałam się i zagryzłam go przed północą nuggetsami z całodobowej „kurczakowni” nazwy której nie pamiętam. Jedyne co odnotowałam to mostek, Motławę, neony i smród frytury. Wcześniej jednak zagościłam w Gdyni i proszę sobie wyobrazić, że nie zdołałam przekroczyć jeszcze progu PPNT a już natknęłam się na tych blogerów i innych tych takich od internetów, którzy to mnie nad to morze wyprowadzili ostatniej nocy. Tym razem nigdzie nie zaciągnęli, wypoczywali. Wypoczywałam i ja, na leżaczku razem z nimi. Tak wyszło. Nie mogę jednak pominąć meritum tj. wspomnieć o bardziej merytorycznej częśći festiwalu, który składał się z ośmiu stref tematycznych. Jak wspomniałam, przede wszystkim zahaczyłam o strefę „Cooking”, „Moto”, „Beauty” i oczywiście „Education”. W tej ostatniej najbardziej ciekawym i facynujacym był panel pt.”Od zera do milionera czyli co mówia o Tobie Twoje lajki”z udziałem gościa specjalnego-Roberta Biedronia oraz Macieja Dąbrowskiego, Magdy Mikołajczyk i Magdaleny Kostyszyn, a prowadzony przez Joannę Pachlę. Harmonogram imprezy był niezwykle napięty i należało naprawdę dobrze się z nim zapoznać dużo wcześniej, by w ogóle móc wziąć udział w większości warsztatów ze wzgledu na fakt zapisów, które istnieją odkąd pamiętam. W tym roku jednak panował pod tym wzgledem porządek co ułatwiło nam pracę w grupach warsztatowych, nie powodując zbędnego zamieszania i nie zabierając niepotrzebnie czasu.

Zamieszania miałam już dość przed samym wyjazdem. Pamiętacie wzmiankę o kurierze, którego nie było i o tajemniczej paczce? Ta sprawa „Z Archiwum X”? Otóż przesyłkę odebrałam, ale niestety dopiero po powrocie, czyli kompletnie nie tak jak przewidywał to założony plan. Jednak jak wiadomo, „plany są po to żeby je zmieniać”- grecki filozof, tak sądzę. Wobec tego nie mogłam już cofnąć czasu i przetestować zawartości otrzymanej paczki, czyli Acera Switch Alpha12 podczas See Bloggers. Zabrałam się wobec tego za testowanie laptopa nie bacząc na podróże w czasoprzestrzeni.

 

IMG_5826.1

IMG_5830.1

IMG_5840.1

fot. Michał Olejnik

Acer Switch Alpha12 to urządzenie 2w1, czyli połączenie laptopa i tabletu. Muszę przyznać, że dość niepewnie się na niego zapatrywałam, ale ujął mnie od pierwszej chwili swoją… wagą. Nie wiem czy coś może ujmować wagą, ale jak widać mi się to zdarzyło. Jest doprawdy niezwykle lekki, bo ważący 1,2kg, jak dla mnie bajka! Pierwsze kroki nie były łatwe. Najpierw okazało sie, że ma specjalną podpórkę, która podtrzymuje ekran, lub w trybie tabletu w ogóle pozwala mu na swobodne podparcie. Później szukałam jakichś magicznych guzików, które pozwolą mi na odczepienie klawiatury, na nic. Odczepia się ją w tak prosty i banalny sposób, że głowa mała! Wszystko wykonane jest tak, by ułatwić życie a nie skomplikować. Do tego niezwykle elegancki wygląd, czyli ekran wykonany ze szczotkowanego aluminium i delikatna płaska i czarna klawiatura. Stylowo i nowocześnie, jak lubię.

Skoro tak go wychwaliłam za wagę a raczej za jego lekkość to musiałam przetestować go w warunkach trochę bardziej ekstremalnych, czyli takich które będą nieco zbliżone do mojej pracy, czyli dość mobilnej. Przede wszystkim włożyłam go do torebki i nie wypadł mi bark ani nie odpadła ręka. Z torebki też nie wypadł, a jakże. Mały, poręczny zmieścił się z łatwością na stoliku. Podpórka, o której wpominałam jest regulowana do 165′ i ma antypoślizgową nóżkę, więc bez obaw można stawiać go śmiało na róznych powierzchniach. Nie trzeba targać ze sobą ładowarki, bateria wytrzymuje do 8 godzin. Praca jest prosta dzięki Windowsowi 10 i szybka oraz wydajna dzięki procesorowi Intel Core 6-tej generacji. Switch Alpha12 ma 12 calowy ekran dotykowy o wysokiej rozdzielczości 2160×1440 w technologi IPS, dzięki któremu obraz jest niezwykle wyrazisty i efektowny, pozwalający na bezproblemową obróbkę fotografii, jak też upajanie się pięknymi zdjęciami, nie tylko tymi kulinarnymi. Praca na tym urządzeniu jest przede wszystkim cicha. Switch Alpha12 nie wydaje z siebie żadnych dźwięków ani nawet pomruków. Wszystko za sprawą pierwszego na świecie systemu chłodzenia cieczą LiquidLoop.

Muszę przyznać, że ku mojemu zdziwieniu przeważnie decydowałam się na pracę z Acerem jako tabletem. Prawdopodobnie dlatego, że klawiaturę dotykową można sobie dostosować, ustawić wg. swoich potrzeb a ekran śmiga bez zarzutu. Jednak do dłuższej pracy, pisania, czy tworzenia dokumentów z pewnością jednak wybieram standardowy laptop. Przez te kilka dni kiedy miałam przyjemność testować sprzęt, jedynymi minusami jakie zauważyłam były tak naprawdę te, które wspomniałam na początku, czyli po prostu moja nieumiejętność przestawienia się na hybrydę z użytkowanego dotychczas przeze mnie dużego i ciężkiego, standardowego laptopa. Zatem minusy są we mnie, nie w Acerze. By się ich wyzbyć przeglądam inspiracje, przepisy i czekam z ogromnym utęsknieniem na kolejną edycję See Bloggers, która już za rok! Mam nadzieję, że znowu będę mogła poznać tylu inspirujących i fantastycznych ludzi, zawędrować nocą na plażę i …Ohhh, wait! Czy tylko mi się zdaje czy był kiedyś taki film pt.”Kurier”? Może lepiej nie wtrącajmy już większej ilości wątków nieodgadnionych, kryminalnych i zaskakująco dziwnych…

IMG_5862.1

IMG_5856.1

fot. Michał Olejnik