Food Camp. Byłam! :)

IMG_4136.1

     Wejścia do Siedliska pilnuje pies Moren. Spogląda on w prawo a może i w lewo, bo zależy z czyjej perspektywy spojrzymy na to spoglądanie. W każdym razie wzrok swój kieruje on na zachodnio-pólnocny wschód z przewagą na południe, gdzie lat temu 356, a może i 666, bo kto by spamiętał, odeszła jego ukochana Morena, obiecując że powróci niebawem do swego lubego. Do dziś ani widu ani słychu po Morenie i jej czterech łapach, jest jednak Siedlisko, do którego zawitali blogerzy dnia pewnego zimowego, by od słowa do słowa stworzyć tą legendę, ale przede wszystkim wziąć udział w…Food Camp’ie! :)

        Ukłonów powitalnych Moren blogerom nie składał, bo i po co? Pilnował jednak ich poczynań na każdym kroku, by nie roznieśli Siedliska przez weekend. A wiadomo?!  

   Blogerzy zaczęli gotować w sobotę przed południem. Oj, jak ciężko było wstać! Kto dotarł na basen, czy saunę tego podziwiam i przy najbliższym spotkaniu wręczę mu medal. Jak dla mnie rzecz totalnie niewykonalna. Kupię ze trzy doby czasu na wagę, byle tanio! I tak z podpuchnietymi oczami, niedospana rozpoczęłam Food Camp. Na początek trochę wygłupów z kurką w tle. W ogólnym rozrachunku kurka…nie przeżyła ;)

    

                                                                    Kurko-fotki zrobiła Delimamma

    Było pysznie! Ajjj, to miałam napisać dopiero na końcu…No nic! :) Wobec tego tak, od początku przeczuwaliśmy, że warsztaty zapowiadają sie smakowicie! Nie wiedzielismy co nas czeka, nie znaliśmy tematu spotkania, niespodzianka! Pies Moren siedząc przy wejściu do Siedliska, też nie zdradził tajemnicy, wyszczekać też nic nie chciał. Widzicie jaki? Ehhh…

     W końcu Jurek Sobieniak ujawnił skrywany od dawna sekret. Na początek blogerzy mieli za zadanie przygotować własną mieszankę curry, którą doprawią zupę marchewkową. Jeden gar, jedna zupa i kilka grup, które tworzyły własną przyprawę. Niestety, wygrana też jedna i nie przypadła ona nam. No cóż, następnym razem. Przynajmniej się wykichałam za wszystkie czasy taka nawdychana tych przypraw wszelakich. Wracając do kurki to nie mi ona przypadła w zaszczycie i nie ja się zatem z nią rozprawiałam. Halibuta filetować nie chciałam, by do jeszcze większej śmierci go nie doprowadzić. Wobec tego przyglądałam się, czynnie oczywiście, całemu procesowi filetowania i mam nadzieję, że utkwił mi on w głowie jak ość z wigilijnego karpia w gardle co drugiego Polaka. Równie czynnie podpatrywałam jak okiełznać krewetkę, czyli rozebrać biedaczkę po prostu do naga. Sama zaś w tym czasie trochę to warzyw obierałam, trochę to palców pokroiłam i stworzyłam przy współpracy ze swoją grupą gulasz z wołowiny przyprawiony, no cóż- wyśmienicie! I jeszcze sos piwny do lodów wytwarzałam, co było jak dla mnie, człowieka niecierpliwego, dość mozolnym procesem. I smakowanie tych wszystkich wspaniałych potraw jako zwieńczenie naszej wspólnej pracy dopisuję do listy wspomnień wspaniałych. A zjedliśmy m.in:



                  Pęczotto z kurczakiem i serem pleśniowym z  mixem sałat i karmelizowanymi buraczkami

                                                                                          fot. Foodlook

                                                                                              Tatar z krewetek 

                                                                                          fot. Foodlook

                   Gulasz z wołowiny z korzennymi przyprawmi podany z pełnoziarnistym kuskusem

                                                       Mrożony krem chałwowy z sosem…nie pamiętam jakim :)

                                          Lody podane z prażonymi migdałami, bakaliami i piwnym sosem

 
      Program Food Camp’u wypełniony był po brzegi nie tylko wspaniałą kuchnią, ale również doskonałym winem, którego mogliśmy smakować w ramach warsztatów jakie odbyły się wieczorem w klimatycznym klubie Jazz Zone. Kiedy już blogerzy dowiedzieli się wszystkiego co wiedzieć na temat win powinni, czyli tego jakie wybierać, na co zwracać uwagę przy ich zakupie i jak ich smakować, zabrali się za…rozmowy, a jak za rozmowy to i za tańce. Można o tym pisać? No trudno, już napisałam! :) 

      I gdyby nie świadomość tego, że na drugi dzień rano czeka na blogerów świeżutka, przepyszna jajecznica przygotowana w Siedlisku, nie wiem czy którykolwiek zwlekłby się z łóżka. Po wspólnie zjedzonym nedzielnym śniadaniu, udało mi się wreszcie znaleźć chwilkę na króciótki spacer. W zasadzie to na przejście  w tę i z powrotem nad jezioro, bo zima tej zimy nigdzie nie jest tak cudownie piękna i zarazem okrutnie mroźna jak na Mazurach właśnie. I nawet Morenowi chyba już zaczęły odmarzać łapy, bo został w ciepłym kącie biedaczysko.

   Z uwagi na fakt, iż niedziela dniem wolnym od pracy jest, blogerzy postanowili pogotować, łącząc przyjemne z pożytecznym. Tym razem no cóż, też było pysznie! Każda grupa dostała ściśle przydzielone zadanie-potrawę do wykonania. Wszystkim dowodził David Gaboriaud wraz z  Jerzym Nogalem. Biedny Moren co wszedł, to wyszedł z naszej kuchni, a w zasadzie każdorazowo był wyganiany. Doczekał się jednak pyszności na koniec wspólnego gotowania. A ten dzień dprawdy obfitował w mnóstwo nowych smaków i eksperymentów. Było nasze ciasto z pasternakiem, chipsy z jarmużu, puree z topinambura,popcorn i sos beurre blanc oraz ręcznie ubijane w słoikach masło, które rozsmarowaliśmy na koniec na świeżo upieczonych, cieplutkich bułeczkach z czarnuszką. 

    Co trzeci bloger tego dnia zaczynał wykazywać już objawy przejedzenia i konsumował zaledwie pół porcji. Itotne jednak jest, że znowu zasiedliśmy przy wspólnym stole i smakowaliśmy:

                                Smażonego sandacza z sosem beurre blanc hipsami z jarmużu i popcornem



                     Przepiórkek owiniętych w boczek podanych z zimowymi warzywami oraz puree z topinambura

                                           Ciasta z pasternakiem podanego z karmelizowaną gruszką

                                                                                                Bułeczek z czarnuszką 

    Podsumowując pies Moren nie czeka już na swoją ukochaną, gdyż stwierdził, że lepiej opłaca mu się zakumplować z blogerami kulinarnymi, ekipą Kamis i Ugotuj to, którzy od serca nakarmią go pod stołem boczkiem i innym smakołykami. To na nich teraz czeka, zerkając raz w prawo na wschodnio-zachodni wschód, raz na lewo na pólnocno-wschodni zachód. Czy się doczeka, tego nie wiem. Wiem jedno, że blogerzy tak jak i on czekają z utęsknieniem na kolejny Food Camp z Kamis’em i Ugotuj to. I wezmą udział w każdym konkursie żeby tylko na takich warsztatach sie pojawić! 



                                                       
 

    I na koniec jeszcze wspólna fotka i niezwykle miła pamiątka. Mam nadzieję, że to był pierwszy i nie ostatni Food Camp… Już tęsknię za wszystkimi uczestnikami i za wspaniałą atmosferą jaka panowała przez cały nasz pobyt w Siedlisku. Łezka w oku kochani!



                                                                                                          fot. Ugotuj to



  • Pięknie to opisałaś :)) wspomnienia i smaki wróciły i tęsknota za tym co było… ale mam nadzieję, że jeszcze będzie ! Wielki buziak!

    • Dziękuję! :) Ja również mam nadzieję, że uda nam się jeszcze spotkać w podobnych okolicznościach. Wspaniałe wydarzenie :)

  • Świetne zdjęcia, kochana! A te pyszności na talerzu… desery i pęczotto pochłonęłabym w momencie :)

    • Nad zdjęciami czeka mnie jeszcze wiele pracy, ale bardzo dziękuję :) Desery były wspaniałe! To one chyba głównie podbiły moje serce ;)

  • bardzo fajna sprawa! tylko trochę strach, że się wróci 5kg cięższym ;)

    • Też miałam takie obawy, ale chyba nic mi nie przybyło;) Wszystko przsygotowywane było ze zdrowych składników i porcje takie „w sam raz”, bo skoro do skosztowania było tyle dań, to nikt by nie pomieścił! :) A rano albo wieczorkiem można było wybrać się na spacerek,na basen, czy do sauny. Ja oczywiście tylko raz powędrowałam na króciótka przechadzkę ;)