Chiński fast-food, czyli pierożki na parze z opakowania.Historia „Tygodni Azjatyckich”.

IMG_2694.1

O tym, że przez nasz kraj przetacza się fala niewiarygodnych upałów chyba nie muszę wspominać. Pierwszego dnia tego afrykańskiego lata byłam nieco zła na to, iż pojawiło się właśnie teraz- o tydzień za późno. Zdążyłam wrócić z nad morza, gdzie przez tydzień siedziałam zawinięta w koc i udawałam, że mam wspaniałe wakacje. Teraz jestem wściekła jeszcze bardziej- czym temperatura powietrza wzrasta, rośnie również moje zdenerwowanie. Ciężko wytrzymać taki żar w mieście. Przecież o wiele przyjemniej byłoby te dni spędzać nad Bałtykiem, ach!

Z tego wszystkiego odeszła mi kompletnie ochota na gotowanie. Chyba nikogo to nie zdziwi. Dzisiaj jednak na obiad zapragnęłam zupy, takiej zwykłej z młodych warzyw. Na drugie były pierożki dim sum, które wczoraj kupiłam z Lidlu. „Tydzień Azjatycki” nie oszołomił mnie, aczkolwiek wyszłam ze sklepu ze wspomnianymi już pierożkami oraz lodami o samku zielonej herbaty, które okazały się być deserem idealnie pasującym do panujących warunków pogodowych. Moje dzisiejsze drugie danie również. Poszłam na łatwiznę. Dobry fast-food nie jest zły!

Kupiłam te pierogi, przecież że nie ulepiłam ich chłodząc się pod lodówką w Lidlu. Etykietę na spodzie opakowania przestudiowałam- najpierw w sklepie i jeszcze raz już dokładniej w domu. Nie znalazłam niczego podejrzanego, no trudno. Tylko trochę cukru, co w zasadzie w ogóle mnie nie zdziwiło, bo dania kuchni azjatyckiej często zawierają tenże właśnie dodatek. Natomiast to co najistotniejsze, nie odkryłam zadnych innych niepożądanych składników, które mogłyby żle wpłynąć na nasze zdrowie. W opakowaniu znajdziemy 3 rodzaje pierożków- łącznie 9 sztuk. I tak 3 z nich to ravioli, których 1/3 składu stanowi krewetka- czyli konkretnie 29%. Ciasto wykonane jest z mąki ryżowej oraz mąki z tapioki. Korki, które smakowały mi najbardziej i nic dziwnego, bo składaja się az z 41% z krewetki- wykonane sa z mąki pszennej. Zaś rogaliki, podobnie do ravioli, to 30% składu krewetki i ulepione zostały z tych samych rodzajów mąk. We wszytkich pierożkach znajdziemy dodatek ryb- nie określono jakich. Ponadto producent na dole opakowania informuje, iż mogą zawierać mięczaki. A zaraz, zaraz! To chyba sos zawiera mięczaki…Coś w każdym razie je zawiera, lecz nadal coś jest tu nie jasne hej ho! Co by nie było oznacza to, że w procesie produkcji mogą się owe mięczaki dostać mniej chcąco lub nie chąco do środka tego sosu, czy pieroga, bo póki co to nie wiem do czego- informacja jednak dla niektórych bardzo istotna, w sensie zawartości mięczaków. W składzie każdych z pierożków poza tym znajdziemy skrobię kukurydzianą modyfikowaną oraz skrobię z manioku. Szczególnie ten pierwszy z dodatków nie brzmi zachęcająco do spożycia, jednak wbrew pozorom nie ma się czego obawiać. Nieco gorzej jest z sosami, które zawierają cukier jak i syrop glukozowo-fruktozowy. Ja i tak ich nie spożyłam- nie smakowały mi w przeciwieństwie do pierożków. Sosy zapakowane zostały w dwie oddzielne foliowe tubki. Niezbyt poręczne, zaciapciałam się nieco. Pierwszy z sosów, ten jasny to rybny Nuoc mam, który w 13% składa się z sosu rybnego. Reszta składu to woda, cukier, sardele oraz ocet spirytusowy i sól. Sos czerwony to pomidorowy z papryczką chili, który w ponad 19% składa się z koncentratu pomidorowego, w którego właśnie składzie znajdziemy wpsomnainy już syrop-glukozowo-fruktozowy i aż 1% papryczki chili. Może ja po prostu tak po ludzku jakoś preferuję standard pod postacją zwykłego sojowego, kto wie?!

 

IMG_2702.1

 

Po otwarciu danie nie wyglada zbyt apetycznie, jak zresztą widać na zdjęciu powyżej. Pierożki można przygotować na dwa sposoby jak podaje instrukcja, czyli albo odgrzać je w mikrofalówce, albo w szybkowarze. Ja wybrałam ten trzeci, czyli „a nóż sie uda!”. Odgrzałam je w bambusowym parniku, który to z kolei został przeze mnie zakupiony w Biedronce jakiś tydzień temu z nie zgadniecie jakiej to okazji…Tak! Dokładnie, „Tygodnia kuchnii Azjatyckiej”. Zresztą, informowałam Was o tym fakcie na ekscentrycznym instagramie. Zaglądacie czasem? Zerkajcie tam póki co, bo Snapa nie mam- Windows pozostaje w erze paleolitu. Spokojnie, obiecałam już sobie, że jak minie u nas „Tydzień Afrykański”, wybieiorę się po zakup nowego telefonu. Wracając do dim sum’ów i parnika- połaczenie idealne. Dno bambusowego koszyka wyłożyłam liściem włoskiej kapusty, którą akurat miałam z okazji „Dnia Zupy”. Jeśli jednak u Was wypada inny dzień, możecie je wyłożyć pergaminem, takim do gotowania na parze, czy pieczenia. Pamietajcie jednak, by papier nie zakrywał szczelnie całej powierzchni, musi zostać przestrzeń przez którą para będzie swobodnie dostawała się do parnika. Pierożki po prostu wyłożyłam na dno koszyka i po ok. pięciu minutach parowania były już gotowe!

 

dim sum

 

Musze przyznać, że jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona ich smakiem. Nie potrzebowałam sosów, co dla mnie jest pewnego rodzaju wyznacznikiem. Swoją drogą, sosy nie smakowały mi kompletnie. Jeden był zbyt ostry, drugi w zasadzie nie wiadomo jaki. O ile ten pierwszy zabijał smak pierożków to ten drugi z pewnościa również tego smaku nie wydobywał. W kazdym z dim sum’ów znajdowały sie całe krewetki. Nie jakaś tam siekanina. Podsumowując, porządny chiński fast-food za jakieś 11 zł. Osobiście mam cichą nadzieję, że z okazji kolejnych edycji programu pojawią sie one w nowej odsłonie, a najlepiej, by oferta sie poszerzyła o jakieś inne rozwiązania smakowe. Tak, czy inaczej te szczerze polecam.

 

IMG_2724.1

 

 

* To nie jest wpis sponsorowany.